JEZUS PRZY STUDNI JAKUBOWEJ SYCHAR.
SAMARYTANKA DINA

Następnego dnia przeprawił się Jezus rzeczką, i pozostawiając górę Garizim na prawo, wyruszył ku Sychar. Pozostali przy Nim tylko Andrzej, Jakób Młodszy i Saturnin, reszta rozeszła się w innych kierunkach. Z tymi trzema udał się Jezus do studni Jakóbowej, położonej na małym wzgórku w posiadłości niegdyś Józefa, na północ od góry Garizim, a na południe od Góry Ebal. O kwadrans drogi stąd na zachód leżało Sychar w dolinie, ciągnącej się jeszcze dalej ku zachodowi, na jaką godzinę drogi.

Studnia Jakuba
Miasteczko to dziś nazywa się Tel al-Balata,
lecz do historii przeszło jako Sychem,
a św. Jan mówi o nim w Ewangelii Sychar.
W czasach Bizancjum nad studnią Jakuba wzniesiono kościół.
Burzony i odbudowywany.

O dobre dwie godziny drogi od Sychar na północ leży na górze Samaria. Na ów wzgórek prowadzą zewsząd liczne, głęboko powcinane drogi; na górze jest studnia, a nad nią wznosi się ośmiokątny budynek, obsadzony drzewami i opatrzony darniowymi siedzeniami. Budynek otacza w około otwarta hala łukowa, w której pomieścić się może około dwudziestu ludzi. Wprost drogi, prowadzącej od Sychar, znajdują się zwyczajne zamknięte drzwi, którymi wchodzi się z hali do środka budynku. Tu jest otwór w dachu, który dawniej czasami nakrywano kopułą.

Wnętrze domku tyle jest obszerne, że między ścianami a kamiennym brzegiem głębokiej studni można wygodnie chodził w koło; krawędź studni jest tak wysoka, że można na niej siadać. Otwór studni zamknięty jest drewnianą pokrywą; gdy się ją podniesie, widać pod nią ciężki walec, umieszczony w poprzek studni na wprost od wejścia, a na nim za pomocą korby nawinięte wisi wiadro do czerpania wody. Naprzeciw drzwi znajduje się pompa, którą można pompować wodę aż do wysokości murów domku i wypuszczać ją na zewnątrz z trzech stron ze strony wschodniej, południowej i zachodniej; tam spływa ta woda w trzy małe cysterny, umieszczone w podłodze hali zewnętrznej. Woda ta służy jużto do mycia nóg, jużto dla podróżnych do obmywania się, jużto jeszcze do pojenia bydła.

Było już koło południa, gdy Jezus przybył z trzema uczniami do pagórka. Tu posłał ich do Sychar na zakup żywności, gdyż był głodnym; Sam zaś wszedł na pagórek, aby tu ich oczekiwać. W dniu tym był straszny upał, a Jezus czuł się bardzo znużonym i spragnionym. Siadł opodal od studni na kraju drogi, prowadzącej od Sychar, i podparłszy ręką głowę, zdawał się czekać na kogoś, kto by otworzył studnię i dał Mu się napić. Widziałam właśnie Samarytankę z miechem na ręku, liczącą mniej więcej 30 lat, jak drogą ze Sychar, wchodziła na pagórek po wodę. Piękną była i znać w niej było siłę młodości, gdyż szybkimi, elastycznymi krokami szła pod górę.

Ubiór jej był wykwintniejszy niż zwykle i jak gdyby umyślnie dobrany. Suknia w niebieskie i czerwone pasy, przeszywana była wielkimi, żółtymi kwiatami. Rękawy powyżej i poniżej łokcia ściągnięte żółtymi naramienni kami, tworzyły około nich fałdy. Piersi zasłonięte były białą tkaniną, ozdobioną żółtymi sznurami. Szyję okrywał żółty, wełniany kołnierz, obwieszony sznurkami pereł i korali.

Długa zasłona z delikatnej, drogiej wełny spadała przez plecy; zasłonę można było ściągnąć za pomocą tasiemki i przymocować u pasa. Tak ściągnięta zasłona i zakończona u dołu rąbkiem, tworzyła po bokach ciała dwie fałdy, w których wygodnie łokcie rąk mogły spoczywać; gdy zaś, chwyciwszy za oba kraje, ściągnęła zasłonę na piersi, okryta była całą górną część ciała jakby płaszczykiem. Głowę miała owiniętą chustkami, tak, że włosów nie było widać.

Na tym stroju wystawał nad czołem na kształt wieżyczki haczyk, do którego przyczepiona była przednia część zasłony spadającej na oblicze i sięgającej aż do piersi.



Niewiasta ta miała grubą, brunatną przepaskę z sierści koziej, lub wielbłądziej, z kieszeniami u góry, przerzuconą przez prawe ramię, tak że zakrywała nieco miech skórzany, przewieszony przez rękę. Był to zwyczajny fartuch roboczy, używany przy czerpaniu wody, aby nie uszkodzić sukni wiadrem, lub też miechem. Miech był skórzany, podobny do worka bez szwu; z dwóch stron był nieco wypukły, jak gdyby wyłożony pod spodem drewnianymi, wypukłymi płytami. Drugie dwa boki składały się, gdy miech był próżny, we fałdy, podobnie jak torba na listy.

Sycher

Po obu wypukłych stronach, umieszczone były ucha do trzymania, obciągnięte skórą, przez nie zaś przeciągnięty był rzemyk, na którym zawieszało się miech na ramieniu. Otwór miecha był dosyć wąski; przy nalewaniu można go było rozszerzać w kształcie lejka, a potem znowu zamykać, podobnie jak się to robi przy torebkach do ręcznych robótek. Próżny miech zwieszał się płasko u boku, napełniony zaś, zaokrąglał się; mieściło się w nim tyle wody, co w zwyczajnym wiadrze.

Szybko i raźnie kroczyła owa niewiasta na pagórek, gdzie u studni Jakuba miała czerpać wodę dla siebie i dla innych. Podoba mi się bardzo, gdyż wydaje się być dobroduszną, otwartą, a zarazem myślącą. Nazywa się Dina, jest dzieckiem z mieszanego małżeństwa, i należy do sekty Samarytańskiej. Przebywa w Sychar, nieznana bliżej przez nikogo, pod imieniem Salome; właściwie nie jest stąd rodem, lecz znoszą ją tu chętnie jak i jej męża, dla ich otwartości, uprzejmości i usłużności.

Z powodu kręto wspinającej się drogi nie widziała Dina przedtem Pana, dopiero gdy stanęła tuż przed Nim. Widok tego męża, spragnionego, siedzącego samotnie przy studni, był dla niej czymś zupełnie niezwykłym. Jezus miał na Sobie długi, biały, z delikatnej wełny płaszcz, przepasany szerokim pasem i wyglądał w nim jak w albie. Był to zwykły płaszcz prorocki, który zwykle uczniowie za Nim nosili. Jezus przywdziewał go, gdy publicznie nauczał, lub spełniał funkcje prorockie.

Dina, stanąwszy nagle przed Jezusem, osłupiała chwilowo na Jego widok, potem spuściła zaraz na twarz zasłonę, wahając się, czy przejść dalej; Jezus bowiem siedział tuż przy drodze. Poznać było po jej twarzy, że różne myśli tłoczyły się jej do głowy, jako to: „Jakiś mężczyzna! Co on tu porabia?

Czy może to jaka pokusa?” — Poznała z wyglądu, że mąż ten jest żydem. Jezus zaś, widząc jej wahanie, spojrzał na nią przyjaźnie i usunąwszy nogi, bo droga była w tym miejscu bardzo wąska, rzekł do niej: „Przejdź mimo i daj Mi pić!”

Wzruszyły te słowa niewiastę przywykłą do wzajemnej niezgody i pogardy pomiędzy żydami i Samarytanami; toteż zatrzymała się jeszcze i rzekła: „Dlaczego siedzisz tu tak samotny o tej godzinie?. Gdyby mnie tu z Tobą zobaczono, byłoby to w mieście powodem zgorszenia.” Jezus odrzekł jej, że towarzysze Jego poszli do miasta kupić żywności; a Dina rzekła na to: „Ach! to są ci trzej mężowie, których spotkałam! lecz wątpię, czy o tej godzinie dostaną co. To, co Sychemici dziś przyrządzili, potrzebują sami dla siebie.” Mówiła to tak, jak gdyby obchodzono dziś w Sychar jaką uroczystość i nazwała przy tym inną miejscowość, dokąd powinni się byli uczniowie udać po żywność.

Samarytanie
obraz Rembrandta

Jezus rzekł do niej powtórnie: „Idź dalej i daj mi pić!” — Wtedy przeszła Dina obok Niego, a Jezus wstał i poszedł za nią do studni, którą ona otworzyła. Po drodze rzekła do Niego Dina: „Jak możesz Ty, będąc Żydem, żądać wody od Samarytanki?” Na co Jezus odrzekł: „Gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kto jest Ten, który żąda wody od ciebie, to sama prosiłabyś Go, aby ci dostarczył żywej wody.”

Tymczasem zdjęła Dina pokrywę studni i spuściła wiadro, mówiąc podczas tego do Jezusa, który siadł na kraju studni: „Panie, nie masz przecie żadnego naczynia, a źródło jest bardzo głęboko, skądże więc masz żywą wodę?

Czyż jesteś większym od ojca naszego, Jakuba, który zostawił nam tę studnię, a przedtem sam ze swymi dziećmi z niej pił i trzody swoje poił?” Podczas gdy ona to mówiła, miałam widzenie, jak Jakub kopał tę studnię, a woda wydobywała się z pod ziemi. Niewiasta rozumiała jednak mowę Jezusa o wodzie źródlanej na swój sposób. Rozmawiając więc, spuściła wiadro na sznurze owiniętym na walcu, i ciężko się odwijającym, na dół, i nabrawszy wody, wyciągnęła je. Podniosła potem rękawy z ramiennikam w górę, tak że się materia skłębiła i obnażonymi rękoma ujęła wiadro, przelewając zeń wodę do miecha. Następnie nabrała wody do małego łyczkowego kubka, i podała Jezusowi, a Ten siedząc na krawędzi wypił i rzekł do niej: „Kto pije z tej wody, ten wkrótce będzie znów pragnął; lecz kto się napije żywej wody, którą Ja mu dam, ten nie będzie pragnął na wieki! Tak, woda, którą Ja mu dam, stanie się dlań źródłem, sięgającym aż do żywota wiecznego.”

Wtedy rzekła Dina radośnie do Jezusa: „Panie, daj mi takiej żywej wody, abym nie czuła więcej pragnienia i nie potrzebowała z takim trudem czerpać wodę!” Wzruszyły ją jednak słowa Jezusa o żywej wodzie i przeczuwała, nie będąc tego całkiem świadomą, że Jezus rozumie przez żywą wodę spełnienie się obietnicy; prorockim natchnieniem wiedziona, wypowiedziała swą prośbę o żywą wodę. Przeczuwałam zawsze i poznawałam potem, że osoby, z którymi Odkupiciel miał cośkolwiek do czynienia, nie były pojedynczymi, odosobnionymi ludźmi, lecz zwykle przedstawiały zarazem doskonały typ całego rodzaju ludzi, lub osobnej sekty.

Święta Skała - ołtarz samarytański

Powodem, tego było właśnie spełnianie się czasu, i teraz też w osobie Samarytanki, Diny, stała przed Odkupicielem cała sekta samarytańska, odepchnięta od prawdziwej wiary Izraela i od studni żywej wody. U studni Jakubowej czuł Jezus pragnienie za wybranymi duszami Samarii, aby pokrzepić je żywą wodą, od której się odsunęli. A właśnie była tu jeszcze część tej odpadłej sekty samarytańskiej, możliwa do uratowania, pragnąca żywej wody i niejako rękę wyciągająca na jej przyjęcie. Przez Dinę mówiła Samaria: „Daj mi, o Panie, błogosławieństwo obietnicy, ugaś długoletnie pragnienie, pomóż mi do osiągnięcia żywej wody, abym z niej zaczerpnęła więcej pociechy, niż z tej doczesnej studni Jakuba, która jedna utrzymuje jeszcze niejaką naszą łączność z Żydami”.

Na słowa zatem Diny, poprzednio wypowiedziane, rzekł Jezus do niej: „Idź do domu, zawołaj twego męża i wróć tu razem z nim!” Dwa razy powtórzył te słowa Jezus, dodając, że nie przyszedł tu po to, aby tylko ją nauczać. Tymi słowy odzywał się zarazem Zbawiciel do całej sekty: „Samario! Przyzwij tu tego, do kogo należysz, tego, który związany jest z tobą prawnie uświęconym węzłem.” Dina odrzekła na to Panu: „Nie mam męża!”

Przez jej usta wyznawała Samaria oblubieńcowi dusz, że nie jest z nikim związana i do nikogo nie należy. Jezus odrzekł Dinie: „Masz słuszność, gdyż miałaś już wprawdzie pięciu mężów, lecz ten, z którym teraz żyjesz, nie jest twym mężem.” Tymi słowy mówił Mesjasz do całej sekty: „Samario, prawdę mówisz; zaślubiona byłaś bożkom pięciu narodów, a teraźniejszy twój związek z Bogiem nie jest związkiem małżeńskim”. Słysząc to, odrzekła Dina ze spuszczonymi oczyma i ze schyloną głową: „Panie, widzę, że jesteś prorokiem,” i opuściła znowu zasłonę na twarz. Przez usta jej uznawała sekta samarytańska Boskie posłannictwo Jezusa i wyznawała swą winę.

Dina, jak gdyby rozumiejąc prorockie znaczenie słów Jezusa: „a ten, z którym teraz żyjesz, nie jest twym mężem,” tj. obecny twój związek z prawdziwym Bogiem jest nieprawnym, niesłusznym, służba Boża Samarytan oddzieliła się przez grzech i samowolę od związku Boga z Jakubem, całkiem, jak gdyby przeczuwała znaczenie tych słów, wskazała ręką ku południowi na świątynię, leżącą w pobliżu na górze Garizim, i rzekła, jakby prosząc o objaśnienie: „Nasi ojcowie wznosili modły do Boga na tej górze, a wy mówicie, że tylko w Jerozolimie należy się modlić.” A Jezus rzekł, pouczając ją: „Niewiasto! wierz Mi, przychodzi godzina, że ani na Garizim, ani w Jerozolimie nie będziecie się modlić do Ojca.” Czyli mówił do Samarii: „Samario, nadchodzi godzina, że ani tu, ani w świątyni, w miejscu świętym, nie będzie się oddawać czci Bogu, gdyż w pośród was On przebywa,”

I dalej mówił: „Wy nie wiecie, co czcicie, lecz my wiemy, gdyż zbawienie spłynie od żydów.” Tu przydał Jezus porównanie o wilkach drzew*), które wprawdzie rozgałęziają się i okrywają liśćmi, lecz nie przynoszą owocu. Przez to mówił znów Zbawiciel do sekty: „Samario, w kulcie twym dla Boga nie masz pewności, nie masz przymierza, sakramentów, rękojmi, arki przymierza, ni owoców; wszystko to, obietnicę i jej spełnienie mają żydzi, z nich pochodzi Mesjasz.”

I dalej mówił Jezus: „Nadchodzi jednak godzina, a nawet już nadeszła, kiedy prawdziwi czciciele będą czcić Ojca w duchu i prawdzie; gdyż takich czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem, ci więc, którzy Go czczą, muszą Go czcić w duchu i prawdzie”. Słowa te Zbawiciela oznaczały: „Samario, nadchodzi godzina, nawet już nadeszła, kiedy Ojciec musi być czczony przez prawdziwych czcicieli w Duchu świętym i w Synu, który jest sam Drogą i Prawdą.” Dina odrzekła na to Jezusowi: „Wiem, że Mesjasz ma przyjść, kiedy więc nadejdzie, wszystko nam objawi.” Przez nią zaś mówiła tu przy studni Jakubowej ta część sekty samarytańskiej, która mogła rościć sobie jakieś prawo do otrzymania danej obietnicy: „Ufam i wierzę, że Mesjasz przybędzie i poda nam rękę pomocną.” Na to rzekł Jezus: „Ja nim jestem, który z tobą mówię.”

Znaczyło to tyle, jak gdyby rzekł do wszystkich Samarytan, chcących się nawrócić: „Samario! Przybyłem do studni Jakuba, pragnąc za tobą, ty wodo źródlana! A gdyś Mnie nasyciła, obiecałem ci żywą wodę, która usuwa na zawsze pragnienie; wtedy ty z wiarą i ufnością wyznałaś Mi twą tęsknotę za tą wodą. Oto, udzielam ci nagrody, gdyż pragnieniem twym za mną zaspokoiłaś Moje pragnienie za tobą, Samario, Ja jestem źródłem żywej wody, Ja, który z tobą mówię, jestem Mesjasz.”

Gdy Jezus rzekł: Ja jestem, który z tobą mówię, — spojrzała Dina na Niego z podziwem i drżeniem, przejęła świętą radością; nagłe jednak opamiętała się i zostawiwszy studnię otwarta, a miech z wodą na ziemi, zbiegła prędko z pagórka, spiesząc do Sychar, aby oznajmić swemu mężowi i innym o tym, co się jej zdarzyło. Było wprawdzie surowo zakazanym pozostawiać studnię Jakubową otwartą, ale co ją tam obchodziła teraz studnia Jakubowa, co ją obchodziło wiadro wody ziemskiej! Oto otrzymała zdrój żywej wody, a jej serce, przejęte miłością i radością, pragnęło i innych jak najprędzej nią orzeźwić. Biegnąc z otwartej altany studziennej, spotkała trzech uczniów, którzy przynieśli żywność i już dłuższy czas stali w niewielkim oddaleniu od drzwi studni, zadziwieni tym, o czym może ich mistrz tak długo rozmawiać z Samarytanką; z uszanowania jednak dla Niego nie zapytywali Go o to. Dina tymczasem pobiegła do Sychar i z zapałem rzekła do męża i innych ludzi, stojących na ulicy:

„Chodźcie na wzgórek do studni Jakóbowej ujrzycie tam męża, który wyjawił mi wszystkie tajemnice mego życia. Chodźcie, gdyż z pewnością jest to Chrystus!”

Tymczasem przystąpili trzej apostołowie do Jezusa, siedzącego u studni, i podając Mu z kosza małe placki i miód rzekli: „Jedz Mistrzu!” Jezus jednak powstał i wychodząc z domku, odrzekł: „Mam inną potrawę spożywać, której wy nie znacie.”

Słysząc to, mówili uczniowie między sobą: „Czy może przyniósł Mu kto jedzenie? Czy może owa Samarytanka przyniosła Mu posiłek?" Jezus zaś nie chciał tracić tu czasu na jedzenie, lecz zszedłszy zaraz z pagórka, udał się ku Sychar, i podczas gdy uczniowie, idąc za Nim, posilali się, mówił do nich: „Potrawą dla Mnie jest czynienie woli Tego, który Mnie posłał, abym spełniał Jego posłannictwo.”

Miał przy tym na myśli nawrócenie mieszkańców Sychar, których zbawienia dusza Jego łaknęła. Po drodze jeszcze niejedno z nimi rozmawiał. W pobliżu miasta wybiegła naprzeciw Niego Samarytanka Dina, załatwiwszy już polecenie. Z pokorą w sercu, lecz zarazem z radością i otwartością przyłączyła się zaraz do Jezusa, a Ten rozmawiał z nią jeszcze wiele, jużto idąc wolno ku miastu, jużto przystając chwilami.

Podczas rozmowy powtórzył jej wszystkie dawniejsze jej czyny i wyjawił cały jej stan duchowy. Niewiasta, poruszona bardzo, przyrzekła Mu w swoim i męża imieniu, opuścić wszystko i pójść za nim, a Jezus, widząc jej skruchę, wskazał jej odpowiedni sposób, w jaki ma odbyć pokutę i zmazać osobiste przewinienia. Dina była pojętną, roztropną niewiastą, pochodziła z mieszanego małżeństwa, z ojca poganina, z matki żydówki; urodziła się na wsi pod Damaszkiem.

Rodziców straciła wcześnie, a karmiła ją rozpustna mamka, z której złe skłonności wyssała. Dorósłszy, miała pięciu mężów jednego po drugim, a wszyscy zeszli z tego świata, częścią przez zgryzoty, częścią uprzątnięci przez jej miłośników. Miała trzy córki i wstydem spłonął za swoje grzechy. Jezus nie bawił długo w Sychar, lecz wyszedłszy przeciwległą bramą, nauczał jeszcze przed miastem przy domach i ogrodach, ciągnących się dość daleko w dolinę. Wreszcie zatrzymał się w gospodzie o dobre pół godziny drogi od Sychar, przyrzekłszy ludziom, że następnego dnia znowu będzie w mieście nauczał.

Przyszedłszy nazajutrz do Sychar, nauczał Jezus przez cały dzień, jużto w mieście z mównicy, jużto przed miastem na wzgórkach, wieczorem zaś w gospodzie. Z całej okolicy zeszła się ludność, idąc wciąż za Jezusem. Co chwila słychać było okrzyki: Teraz naucza tu, teraz naucza tam. — Młodzieniec z Samarii słuchał raz także nauki, ale nie rozmawiał z Jezusem.

Sychar

Dina jest zawsze na przedzie, zawsze najbliżej Jezusa. Uważa bacznie, jest wzruszoną i poważną. Mówiła już o tym z Jezusem, że chce się natychmiast rozłączyć ze swym mniemanym mężem. Stosownie do Jego woli chcą cały swój majątek oddać na przyszłą gminę i na ubogich. Co do tego, dał jej Jezus odpowiednie wskazówki. Bardzo wielu ludzi było wzruszonych i mówili do niej: „Miałaś słuszność, otóż teraz sami słyszeliśmy Go na własne uszy i widzimy, że jest Mesjaszem." Niewiasta ta ma teraz cześć ogólną, jest poważną a zarazem pełną radości; nie wiem dlaczego, ale czułam do niej zawsze szczególniejszą przychylność.

Jezus nauczał tu, jak i gdzie indziej o wzięciu Jana do niewoli, o prześladowaniu proroków, o zwiastunie, przygotowującym drogi, o synu posłanym do winnicy, który zostanie zabitym. Zaznaczał zaś wyraźnie, że Jego to Ojciec posłał. Nauczał także o tym wszystkim, co już mówił niewieście przy studni, tj. o żywej wodzie, o górze Garizim, o zbawieniu nadchodzącym dla Żydów, o bliskości królestwa i sądu i o karze na złe sługi, którzy zabili syna właściciela winnicy. Wielu zapytywało Go, gdzie mają się dać ochrzcić i oczyścić, kiedy Jana pojmano. Na to rzekł im Jezus, że uczniowie Jana chrzczą znowu obok Ainon z tamtej strony Jordanu, i że, dopóki On sam tam nie przybędzie i nie każe chrzcić, do nich powinni się po chrzest udawać. Rzeczywiście wielu z nich udało się tam zaraz dnia następnego.

Nazajutrz nauczał Jezus w gospodzie i na okolicznych wzgórkach, a nauki słuchały różne tłumy ludzi, robotnicy, a nawet owi niewolnicy, których Jezus po Swoim chrzcie pocieszał na polu pasterskim obok Betabary. Między tłumem byli także szpiedzy, wysłani przez okolicznych Faryzeuszów. Ze złością w sercu słuchali Jego nauki, a zszedłszy się razem, poskupiali głowy i pomrukiwali szyderczo, nie śmieli jednak zagadnąć Jezusa, a On też nie zwracał na nich uwagi. Między ludnością samarytańską, jako też nauczycielami, było także wielu niechętnych nauce Jezusa.

JEZUS W GINNEI I ATAROT.
ZAWSTYDZA ZŁOŚLIWOŚĆ FARYZEUSZÓW

Opuściwszy z pięciu uczniami gospodę koło Sychar i pozostawiwszy Tebez na prawo, Samarię zaś na lewo, udał się Jezus do miasta Ginnea albo Ginnim, położonego stąd o sześć godzin drogi w dolinie na granicy Samarii i Galilei. Szli z podpasanymi sukniami, a przybywszy późno wieczór do Ginnei, udali się zaraz do synagogi, gdyż szabat już się zaczął. Inni uczniowie, którzy naprzód wyruszyli w drogę, byli tam także obecni. Z synagogi poszli wszyscy razem do wyżej położonej posiadłości Łazarza, w pobliżu której leżało małe miasto Tirza, gdzie Jezus już raz gościł i gdzie zatrzymali się także Maryja i Józef w Swej podróży do Betlejem.

Zarządca posiadłości, człowiek prosty, cieszył się licznym potomstwem. Posiadłość oddalona była od Ginnei mniej więcej o trzy kwadranse drogi. Tu przenocował Jezus z uczniami. Święte niewiasty zaś po odejściu z Sychar nocowały w Tebez. Na dzień przed szabatem święcono w Ginnei uroczystość na pamiątkę buntu Izraelitów na puszczy. W sam szabat nauczał Jezus w synagodze. Czytano o pochodzie przez pustynię, o rozdziale kraju Kanaan, a prócz tego księgi Jeremiasza.

Jezus, tłumacząc to, zastosowywał wszystko do zbliżania się królestwa Bożego. Mówił o niechęci Izraelitów na puszczy, o tym, że mogli o wiele krótszą droga dojść do ziemi obiecanej, gdyby byli zachowywali przykazania, dano im na górze Synaj; dla ich grzechów jednak opóźniał Bóg zawsze ich pochód, a nawet sprawił, że wszyscy szemrzący, pomarli na puszczy. Tak i oni kroczą teraz po pustyni, na której śmiercią zginą wszyscy szemrzący przeciw królestwu Bożemu; królestwo to zbliża się, a wraz z nim kończy się miłosierdzie Boże.

Życie ich jest błądzeniem po puszczy; niech więc teraz wybierają najkrótszą drogę do obiecanego królestwa Bożego, którą On im wskazuje. Uczył Jezus także o tym, jak Izraelici, niezadowoleni sędziowskim urzędem Samuela, domagali się koniecznie króla i jako otrzymali Saula. Teraz, gdy spełniło się już proroctwo, że dla ich bezbożności odjęte będzie berło od Judy, teraz znowu żądają króla i odbudowania królestwa; Bóg ześle im króla, i to króla z ich rodu, podobnie jak właściciel winnicy posłał swego syna, gdy niewierni najemnicy pozabijali jego sługi. I oni też odepchną i zabiją swego króla. Z psalmów nauczał Jezus o kamieniu węgielnym, który budujący odrzucili, a dostosowywał to znowu do syna właściciela winnicy. Następnie nauczał o karze, mającej spaść na Jerozolimę; świątynia — mówił — nie ostoi się, a miasto będzie nie do poznania. Była także mowa o Eliaszu i Elizeuszu.

Nauce przysłuchiwało się dwunastu zatwardziałych Faryzeuszów i ci rozprawiali potem z Jezusem. Pokazawszy Mu pismo, zapytali, co to ma oznaczać, że Jonasz przez trzy dni przebywał we wnętrznościach wieloryba? Jezus odrzekł na to: „Tak król wasz, Mesjasz, spocznie przez trzy dni w grobie, zstąpi do otchłani na łono Abrahama, a potem zmartwychwstanie.” Faryzeusze wyśmiali to tłumaczenie. Przystąpiło potem doń trzech Faryzeuszów, i kusząc Go, rzekli: „Czcigodny nauczycielu, mówisz wciąż o najbliższej drodze, wskaż nam więc ją!".

Jezus odrzekł: „Czy znacie dziesięć przykazań, danych na górze Synaj?" Rzekli: „Tak.” — Rzekł więc Jezus: „Zachowujcie pierwsze z nich, miłujcie bliźniego jak siebie samych i nie nakładajcie poddanym zbytnich ciężarów, których sami nie nosicie. To jest owa droga!" — Na to odezwali się: „To, co nam mówisz, wiedzieliśmy już sami." Lecz Jezus rzekł: „Żeście wiedzieli, a nie postępowali tak, to wasza wina, i za to też karę poniesiecie."

Dalej wyrzucał im Jezus, że obciążają ogromnie ludzi, a sami nie wypełniają przepisów zakonu, co szczególnie w tym mieście się zdarzało. Mówił też o ubiorze dla kapłanów, jaki Bóg przepisał Mojżeszowi, i co ten ubiór oznacza, podczas gdy oni nie czynią tego, do czego ubiór obowiązuje, zasadzając istotę obrzędów na zewnętrznych formalnościach i przekręceniach. Wszyscy rozgoryczeni byli przeciw Jezusowi, nie mogli Mu jednak nic zrobić. Niektórzy mówili między sobą: „To więc jest prorok z Nazaretu! Tak! syn cieśli!" Prawie wszyscy Faryzeusze opuścili synagogę, zanim jeszcze Jezus skończył naukę; jeden tylko pozostał do końca, a potem zaprosił Jezusa z uczniami na ucztę. Był on wprawdzie lepszym od innych, lecz także podstępnym człowiekiem.

Jeszcze przedtem przyniesiono przed synagogę chorych; Faryzeusze prosili Jezusa, aby ich uzdrowił, a dał im przez to znak. Jezus jednak nic uzdrowił chorych, mówiąc, że skoro nie chcą w Niego wierzyć, to i On też nie chce na zawołanie okazywać im znaku. Faryzeuszom jednak nie o to chodziło, lecz chcieli skusić Go do uzdrawiania w szabat, a potem o to Go oskarżyć.

Po ukończeniu szabatu odeszła większa część uczniów galilejskich do domu; Jezus zaś powrócił z Saturninem i dwoma innymi uczniami do posiadłości Łazarza. Wzruszający był to widok, gdy tu miał naukę dla dzieci zarządcy i z sąsiedztwa, najpierw dla chłopców, potem dla dziewcząt.

Mówił o posłuszeństwie dla rodziców i uszanowaniu względem starszych. Rodziców dał im Ojciec niebieski; jeśli więc ich czczą, czczą także Ojca niebieskiego. Mówił także o synach Jakuba i o Izraelitach, którzy dlatego, że szemrali, nie weszli do ziemi obiecanej; a przecież ta ziemia jest tak piękna. Tu wskazał im piękne drzewa i owoce, rosnące w ogrodzie, pełne plonów, i tak mówił dalej: „Królestwo niebieskie jest nam także obiecane, jeśli tylko będziemy spełniać przykazania Boże; a kraj to o wiele wspanialszy, niż ten, który w porównaniu z nim jest pustynią; słuchajcie więc i znoście z poddaniem wszystko, co Bóg na was ześle.

Nie szemrajcie, abyście mogli osiągnąć Królestwo niebieskie, nie wątpcie w jego wspaniałość, jak Izraelici na puszczy; wreszcie, że jest tam o wiele lepiej, niż tu, że to kraj niewypowiedzianie wspaniały. Miejcie to zawsze silnie w pamięci i zasługujcie sobie na to trudem i pracą." Podczas nauki miał Jezus mniejsze dzieci przed Sobą. Od czasu do czasu przyciskał je do piersi lub obejmował je rękami po dwoje.

Opuściwszy posiadłości Łazarza, szedł Jezus z trzema uczniami na powrót w kierunku południowo wschodnim ku wyżej położonej miejscowości Atarot, będącej główną siedzibą Saduceuszów. Mieszkający tu Saduceusze prześladowali po świętach Wielkanocnych również jak Faryzeusze z Gennabris uczniów Jezusa, uwięzili wielu i dręczyli ich przesłuchaniami. Niektórzy z nich byli niedawno w Sychar i szpiegowali Jezusa podczas nauczania, w ciągu którego potępiał Jezus bardzo surowość Faryzeuszów i Saduceuszów względem Samarytan. Już wtenczas uknuli oni plan skuszenia Jezusa i dlatego wezwali Go, aby przepędził szabat w Atarot, Jezus wiedział jednak o ich planach, i dlatego, minąwszy Atarot, poszedł do Ginnei.

Oni zaś, porozumiawszy się z Faryzeuszami Ginnei, przysłali w szabat rano posłów do Niego, którzy rzekli: „Nauczałeś tak pięknie o miłości ku ludziom, że powinno się kochać bliźniego, jak siebie samego; przybądź więc do Atarot i ulecz pewnego chorego. Jeśli uczynisz nam ten znak, to nie tylko my, ale i Faryzeusze w Ginnei uwierzą w Ciebie i rozszerzymy naukę Twą w całej okolicy." Jezus znał dobrze ich złości i chęć oszukania Go pod pozorem uzdrowienia chorego.

Człowiek ten leżał już od wielu dni martwy, nieruchomy; Saduceusze jednak twierdzili wbrew wszystkim mieszkańcom miasta, że on jest w zachwyceniu; nawet żona jego nie była pewna, czy to naprawdę trup. Gdyby więc Jezus był go wskrzesił, byliby powiedzieli, że to nie był umarły. Gdy Jezus się zbliżał, wyszli naprzeciw Niego i zaprowadzili Go przed dom owego umarłego, który za życia był pierwszym między Saduceuszami i najgwałtowniej występował przeciw uczniom. Gdy Jezus nadszedł, wynieśli go na noszach na ulicę. Wkoło zebrało się około 15 Saduceuszów i tłum ludzi. Trup wyglądał bardzo pięknie, gdyż Saduceusze wyjęli z niego wnętrzności i zabalsamowali ciało, aby łatwiej oszukać Jezusa. Jezus jednak rzekł: „Człowiek ten jest umarłym i pozostanie umarłym." Saduceusze zwracali Mu uwagę, że człowiek ten jest w zachwyceniu, a jeśli umarł naprawdę, to chyba teraz dopiero, lecz Jezus powiedział: „Człowiek ten przeczył zmartwychwstaniu, a więc nie zmartwychwstanie teraz.

Napełniliście go wonnościami, lecz patrzcie, co to za balsamy! Otwórzcie mu piersi."

Na te słowa jeden z nich podniósł skórę na piersiach zmarłego, jak klapę, i oto z wnętrza zaczęła się wydobywać zbita, ruchoma czerń obrzydłego robactwa. Złość zdjęła Saduceuszów tym bardziej, że Jezus wypowiedział publicznie i głośno wszystkie grzechy i zbrodnie zmarłego, dodając, że robaki te, to robaki złego sumienia, które za życia ukrywane i gnębione, teraz toczą jego serce. Zarazem wyrzucał Jezus groźnie i ostro Saduceuszom ich zły zamiar oszukania Go, mówiąc także o sądzie nad Jerozolimą i tych, którzy nie chcą przyjąć zbawienia. Saduceusze wnieśli prędko zmarłego na powrót do domu wśród strasznej wrzawy i pogróżek. Doszło nawet do tego, że gdy Jezus z uczniami wychodził przez bramę poza miasto, połechtany motłoch rzucał za Nim kamieniami; złościło Saduceuszów odkrycie robactwa w piersiach zmarłego, a jeszcze bardziej wyjawienie złości, przepełniającej ich serca.

Wśród ogółu złych byli jednak tu i ówdzie ludzie, przychylni Jezusowi, i tych do płaczu pobudzało prześladowanie Jezusa. W jednej z odosobnionych ulic miasta mieszkały kobiety, cierpiące na krwotok. Pełne wiary w Jezusa, z dala błagały Go o pomoc, nie śmiejąc, jako nieczyste, przystąpić bliżej. Jezus, wiedząc z góry o ich niedoli, a przejęty litością dla nich, przeszedł przez tę ulicę; niewiasty zaś, idąc Jego śladami, całowały je. Wtedy Jezus obróciwszy się, spojrzał na nie, a one w tej chwili ozdrawiały. Stąd poszedł Jezus na wzgórek, oddalony o 3 godziny drogi, a położony w pobliżu Engannim. Leży on prawie w tej samej linii co Ginnea, lecz w innej dolinie i o kilka godzin drogi dalej na wschód, w prostym kierunku na drodze, prowadzącej z Endor i Naim do Nazaretu.

Od Naim oddalony jest około 7 godzin drogi. Na wzgórku tym spotkał Jezus uczniów z Galilei i tu przenocował w szałasie jakiejś publicznej gospody, posiliwszy się pierwej tym, co uczniowie przynieśli. Byli to Andrzej, oblubieniec Natanael i dwóch służalców tak zwanego królika z Kafarnaum. Ci ostatni prosili natarczywie Jezusa, żeby raczył pospieszyć tam natychmiast, gdyż syn ich pana jest bardzo chory. Jezus odrzekł na to, że przyjdzie jeszcze na czas. Królik ten był to przeniesiony w stan spoczynku zarządca nad częścią Galilei, ustanowiony przez Heroda Antypę. Był on przychylny Jezusowi, a podczas ostatnich prześladowań popierał uczniów przeciwko Faryzeuszom, i zasilał ich już nieraz pieniędzmi, lub dostarczał im żywności.

Nie był jednak jeszcze całkiem nawrócony, chociaż wierzył w cuda. Pragnął bardzo obecnie, aby Jezus uczynił cud na jego synu, powodowany nie tylko miłością ojcowską, lecz także w chęci upokorzenia Faryzeuszów. I uczniowie życzyli sobie tego i objawiali to życzenie, mówiąc: „A to będą się złościli Faryzeusze! Wtedy przekonają się, kto jest Ten, za którym my idziemy".

Dla tej to przyczyny podjęli się Andrzej i Natanael tego poselstwa, a Jezus wiedział dobrze o tym. Rano, nim wyruszył w dalszą podróż, nauczał jeszcze. Dwaj słudzy owego królika byli poganami i jego niewolnikami. Idąc tu, wzięli ze sobą żywności na drogę. Obecnie nawrócili się i poszli wraz z Andrzejem i Natanaelem z powrotem ku Kafarnaum.

Góra